5 lutego 2015

FSO 125p – zakup totalnie niekontrolowany

a

Świadczenie stosunku pracy poza miejscem zamieszkania sprawia, że mamy do wyboru dwie opcje: udział w programie artystycznym wymagającym doskonałej kondycji fizycznej lub przeglądanie ogłoszeń motoryzacyjnych. Podczas delegacji na przełomie lipca i sierpnia wybrałem tę drugą opcję. Już od jakiegoś czasu szukałem polskiego klasyka, pod uwagę brałem fiata 126, 125 i poloneza. Syrenka oraz warszawa szczególnie do mnie nie przemawiają, a poza tym ich ceny przekroczyły już dawno rozsądne ramy. Przeglądałem, myślałem i wymyśliłem. FSO 125p, rok produkcji 1985, pierwszy właściciel, przebieg 52 000 km, cena rozsądna.

d

Brzmi nieźle, prawda? Jednak, mając za sobą już wycieczki, w trakcie których dowiadywałem się, że samochód który jadę obejrzeć i który – zgodnie z obietnicą sprzedającego – będzie na mnie czekał, został właśnie sprzedany, byłem przygotowany na niepowodzenie. Zadzwoniłem pod numer stacjonarny, co już dobrze wróżyło, pośrednicy podają zazwyczaj numer komórki. Gdy odebrała starsza Pani byłem już niemal pewien, że zapis o pierwszym właścicielu jest zgodny z prawdą. Uprzejmie wypytałem o szczegóły związane z autem, Pani potwierdziła niski przebieg i ogólnie dobry stan pojazdu z zastrzeżeniem, że przez ostatnie lata raczej stał i warto by było dokładnie go przejrzeć przed podróżą. Umówiłem się z Panią na oględziny w następnym tygodniu podczas mojej kolejnej wizyty w okolicy. Niestety, jak to często bywa, wyjazd przesunął się niemal o tydzień, o czym niezwłocznie powiadomiłem telefonicznie sprzedającą. Obiecała mi, że do chwili mojego przyjazdu auto na pewno nie zostanie sprzedane. Cóż, obietnica nie wydawała mi się realna, ale nic innego poradzić nie mogłem.

Nadszedł upragniony dzień wyjazdu i oględzin. Zgodnie z zapewnieniami starszej Pani auto czekało na mnie, choć – jak się później okazało – w sprawie ogłoszenia dzwoniło kilkanaście osób. Niektóre z nich były wręcz oburzone stanowczością sprzedającej, która nie była chętna sprzedać fiata nawet za kwotę wyższą od tej wskazanej w treści ogłoszenia. No tak, to się raczej w dzisiejszych czasach nie zdarza. Po dojechaniu na miejsce moim oczom ukazał się pomarańczowy 125p w pełnej okazałości. Lekko przykurzony, bez plaku na desce rozdzielczej i dressingu na oponach. Śmiało jego stan można było określić na „niepicowany”. Po dokładnych oględzinach stwierdziłem zupełny brak korozji, jedną ułamaną klamkę zewnętrzną, delikatne uszkodzenie przedniego zderzaka oraz ślady ingerencji lakierniczej na masce i błotnikach. Przejrzałem przebogate wyposażenie, na które w wersji „L” składa się podgrzewana tylna szyba i opcjonalne radio Safari 2.

e

Po raz pierwszy w życiu, kupując samochód, zapłaciłem dokładnie tyle, ile żądali sprzedający. Może dlatego, że opis był zgodny ze stanem faktycznym, może dlatego że sprzedający byli słowni i wywiązali się z obietnicy, a może z innego powodu, który do dzisiaj jest dla mnie zagadką. Tak czy inaczej zdecydowałem się na zakup i tym samym zyskałem możliwość poznania faktycznego właściciela auta, męża starszej Pani. Jak można się spodziewać okazał się nim być starszy Pan, który z chęcią opowiedział mi o historii fiata. Odbiór miał miejsce oczywiście przy ul. Stalingradzkiej w Warszawie, a poprzedzony został otrzymaniem talonu. Po powrocie z Warszawy auto trafiło do garażu oddalonego dokładnie 6,5 kilometra od miejsca zamieszkania. I stąd właśnie wynikał niewielki przebieg, gdyż każda przejażdżka fiatem musiała być poprzedzona przejazdem tramwajem. O przygodzie z przodu opowiedział mi sam sprzedający, nie wyhamował i zaparkował w innym pojeździe, a po stłuczce auto zostało naprawione w zaprzyjaźnionym warsztacie. W ostatnich latach fiat już praktycznie stał, starszy Pan nie czuł się na siłach podróżować nim samodzielnie, a syn nie gustował w klasycznych autach i po jednej przejażdżce zrezygnował z podróżowania pojazdem niewyposażonym we wspomaganie kierownicy. Jak się okazało, na początku lat 90. nie był tak wybredny i wybrał się fiatem do Norwegii, o czym – oprócz opowieści właściciela – świadczył również zeszycik, który znalazłem w schowku. W tymże zeszyciku, poza wpisanym każdym tankowaniem, znalazłem spisaną przez właściciela kartkę z informacjami, jak zachować się w przypadku awarii któregoś z podzespołów. Lektura niezwykle ciekawa i niezbicie świadcząca o braku obycia technicznego po stronie potomka bądź braku zaufania po stronie rodziciela. Wyprawę należy chyba uznać za udaną, gdyż duży fiat pokonał ją bez żadnej awarii, nie było nawet potrzeby wymiany żarówki i sięgania do magicznej karteczki. Naprawdę nie wiem, ile czasu spędziłem z tymi miłymi ludźmi… Chętnie porozmawiałbym z nimi dłużej, ale chęć przejechania się fiatem była silniejsza. Zasiadłem więc za kierownicą, ustawiłem fotel, lusterko wsteczne, zewnętrzne lewe, wyciągnąłem ssanie i przekręciłem kluczyk. Poza dziwnym zawyciem rozrusznika wszystko było w porządku, silnik po chwili nie potrzebował już ssania, obroty ustabilizowały się na właściwym poziomie. Na jakim – nie wiem, obrotomierz nie był standardowym wyposażeniem mojego już egzemplarza. Starsi Państwo mi pomachali, uronili pewnie przy okazji niejedną łzę, w końcu fiacik spędził z nimi ponad 20 lat. Pierwsze kilometry ujawniły pierwsze problemy, a mianowicie auto nie chciało wchodzić na wysokie obroty. W związku z tym postanowiłem korzystać z tych niższych, jednak po następnych kilku kilometrach, aby przyspieszyć, musiałem wyciągać ssanie. Ustawianie gaźnika i zapłonu w trakcie jazdy przerasta moje możliwości, dlatego też postanowiłem odwiedzić jakiś zdecydowanie nie prestiżowo wyglądający warsztat samochodowy.
I znalazłem, a mechanik wyglądał jak typowy spec od produktów z Żerania. Po troszkę przydługiej opowieści, ile to on się takich nanaprawiał, przeszedł do rzeczy. Pogrzebał w gaźniku, wyregulował zapłon, a ja wyruszyłem w dalszą podróż. Minęła w dość radosnej atmosferze, z uwagi na nieprzestrojone radio nie miałem wyboru i słuchałem jedynej dostępnej stacji, która nadawała Lato z radiem. Czułem się jak w latach 80. Prędkość przelotowa w okolicach 110 km/h nie stanowiła problemu, nawet TIR-y i autokary nie dawały mi rady. Po powrocie miałem wielką ochotę coś naprawić, wiecie jak to jest J Okazało się, że poza urwaną klamką i oddaniem felg do piaskowania i malowania nie miałem zbyt dużo do roboty. Na wszelki wypadek zmieniłem świece zapłonowe, wymieniłem płyn chłodniczy i olej z filtrem. Nie ryzykowałem i zastosowałem olej mineralny, do którego trafiła prewencyjnie jedna dawka Ceramizera. Poza tym delikatnie spolerowałem lakier i zabezpieczyłem twardym woskiem. I – poza zdjęciem pokrowców, niezwykle dobranych kolorystycznie – nie zrobiłem niestety nic więcej. Oczywiście „niestety” jest trochę przewrotne, fajnie jest pogrzebać przy swoim klasyku, ale dobrze, gdy owo dłubanie dotyczy jedynie kwestii kosmetycznych. Jakie plany na przyszłość? Chuchać, dmuchać, dbać i cieszyć się z jazdy. Nie będzie gleby, nie będzie dużych alufelg, choć w przypływie fantazji zamontowałem na chwilę 16-calowe koła.

h

Czy warto kupić dużego fiata? Oczywiście, choć trzeba mieć świadomość, że to coraz cięższa sztuka. Egzemplarzy w dobrym stanie nie jest aż tak wiele, a te dostępne często uzyskują nierealnie wysokie ceny. Pozostaje więc szukać, albo cieszyć się już posiadanym autkiem. A tak w ogóle, jeżeli ktoś z Was ma przedni zderzak w stanie idealnym, niech pisze na FB!

g