Motocyklem do Magadanu – historia podróży oczami uczestników

   Magadan 2016

Czyli śladami polskich zesłańców.

  magadan  

 ROBERT:

Dzień wyjazdu nadszedł gwałtownie i nazbyt szybko. Biegałem jak w ukropie. Starałem się załatwić jak najwięcej spraw i dopiąć wszystko na ostatni guzik. Trzy dni wcześniej nocował w moim i Mojej Najukochańszej Małżonki Anetki, domu Robin (AT) z Adamem (BMW GS 650 DAKAR). Polacy zamieszkujący w Irlandii Pn. i Niemczech. Poznaliśmy się przez Internet. Zmierzają oni tą samą trasa co my. Ustalamy, że w okolicach Ojmiakonu (baardzo daleka Syberia- Droga Na Kościach) połączymy siły i przejedziemy go razem, gdyż jest to niesamowicie trudny i niebezpieczny odcinek. Obawiamy się tam niedźwiedzi i trudnych do pokonania rzek. Okazało się, że los połączy nas później z Robinem na wiele, wiele tysięcy kilometrów.

Wieczorem drugiego czerwca dociera do mnie(RESZEL) Sebastian. Ostatnie wieczorne ustalenia przy piwku i idziemy spać. Rano szybkie śniadanie, pożegnanie z rodzinką i ruszamy w stronę granicy z Litwą. Mamy niecałe 200km do pokonania. Przed granicą umówieni jesteśmy z Pawłem, który jedzie od strony Warszawy. 

PAWEŁ

Wskakuję w nowe ubrania Motony i wyruszam wcześnie rano bo do granicy ma prawie 400 km. Z Robertem i Sebastianem umówieni jesteśmy w okolicach Suwałk. Oczywiście po 5 km od domu postanowiłem wrócić i dać jeszcze jednego buziaka ukochanej, a przy okazji zabrać telefon którego zapomniałem.

Na pierwszej stacji benzynowej wstrzykuję do zbiornika dawkę Ceramizera do czyszczenia układu paliwowego oraz 2 dawki Ceramizera do silników z mokrym sprzęgłem. Jak się potem okaże bardzo pomocny specyfik. Na miejsce spotkania dojeżdżam ok godzinę przed chłopakami. Robi się leniwie. Robię zakupy na drugie śniadanie i….  

ROBERT

Ostatnie zakupy w Suwałkach i już we trzech wjeżdżamy na Litwę. Przejazd nudny. Natrafiamy na wielką kolumnę bundeswery wiozącą sprzęt gąsienicowy na wielkich niskopodwoziówkach. (Jakieś ćwiczenia, albo demonstracja siły) Wleczemy się kupę kilometrów w żółwim tempie.

Docieramy do Łotwy i jedyną atrakcją przelotu jest zerwana linka sprzęgła w moim trampku. Jestem zdziwiony. Późną jesienią tam zaglądałem – czyli jakiś 1000 km temu. Wyciągam piękną, pachnącą i pięknie zafoliowaną oryginalną linkę HONDY i montuje. Podśmiewam się przy tym, że teraz taka linka starczy do końca życia motocykla(życie zweryfikuje potem moją opinie). 

PAWEŁ

Ja korzystając z okazji chcę sprawdzić ciśnienie w kołach, źle wystawiona kosa i trampek ląduje na boku. Kufry własnej produkcji nawet nie zostały zarysowane. 
ROBERT

Chcemy dojechać do Granicy z Rosją, Przekroczyć ją i spać już w Rosji. W dotarciu do celu pomaga nam Garmin. Nawigacja, o której długo by opowiadać, zawsze ma taki głupi sposób prowadzenia, że poprowadzi jakoś okrężnie i kanałami – jednym słowem PRAWDZIWA NAVI TURYSTYCZNA hehehehe. Chwila nieuwagi i okazało się, że oczywiście jedziemy w dobrym kierunku, ale jakąś dziwną boczną drogą wzdłuż granicy. Decydujemy, że ze względu na czas nie będziemy zawracać tylko jedziemy dalej.

Skończył się asfalt, ale szutrem jeszcze tylko ze 30km. Twardo jedziemy, choć deszcz w tym nie pomaga. Jesteśmy już naprawdę blisko granicy. Ściemnia się już lekko. Garmin pokazuje 2400m. do celu. Super!!! Nagle dziwny rozjazd. Nie ufając już navi oddalam widok i decyduję – w prawo. Zjeżdżamy w dół i dojeżdżamy do………. Nadajnik GSM umiejscowiony był tuż przy terminalu granicznym. Widzimy dachy wiaty do odprawy celnej. Katastrofa!!! Zdaliśmy w tym momencie sobie sprawę, że podjechaliśmy do celnicy z boku i jesteśmy bardzo blisko pasa ziemi niczyjej. Szybki odwrót! Niema na co czekać, bo będą kłopoty! Podjeżdżamy do feralnego rozjazdu dróg polnych i jadąc pierwszy widzę jak z naprzeciwka nadjeżdża terenówka łotewskiej Straży Granicznej. No to mamy problem – pomyślałem, ale z twardą miną jadę dalej udając, że nie wiem o co chodzi, i że moja obecność w tym miejscu jest zupełnie naturalna. Kiedy mijam SG widzę dwóch funkcjonariuszy z rozdziawionymi gębami – byli jeszcze bardziej zaskoczeni niż my. Gazzz!!! Pełne zaskoczenie. Udało się kolejny raz.

Zgodnie z panującymi na całym świecie zasadami mijamy niewielką kolejkę samochodów osobowych i podjeżdżamy do odprawy. Pogranicznik łotewski prosi mnie podczas odprawy paszportowej o prawko. Podaje mu międzynarodowe a ten furczy na mnie wyjątkowo niegrzecznie, że takie to sobie mogę poza Unią Europejską pokazywać. Tu jest absolutnie nie ważne!!! Widzę, że mam przed sobą wysoko wyszkolonego debila i decyduje się na odszukanie głęboko już schowanego PRAWA JAZDY z UE. Nie chciało mi się już z nim dyskutować po wielu kilometrach przejechanej drogi. Przejście graniczne pokonujemy dość gładko, aczkolwiek po stronie rosyjskiej Pani Celnik zaczyna drążyć co i gdzie mamy pochowane i jak wyglądają od środka nasze bagaże. Z jednej strony chcielibyśmy uniknąć rozwalenia całości a z drugiej strony każdy z nas ma gaz na niedźwiedzie, a nie chcielibyśmy, aby ktoś ocenił go jako broń. Paczka cukierków z kawą rozwiewa w ciągu sekundy wątpliwości Pani Celnik i podbija wszystkie papierki. Super. Jesteśmy w Rosji.

PAWEŁ

Co ta kobieta ode mnie chce, jak to nie zgadza się, że w dowodzie rejestracyjnym jest honda xl 650 a na naklejce na zbiorniku Transalp. Jak to 650 jak jest 648 ccm. Wrrr… do tego język, którego uczyłem się przez 2 semestry ok 30 lat temu. Nie rozumiałem o co jej chodzi, ale ostatecznie znaleźliśmy się po drugiej stronie lustra.  

ROBERT

Tankujemy i chcemy zakupić piwko. Okazuje się, że o godzinie 23ciej nie da się tego zrobić. PROCHIBICJA. Odjeżdżamy kawałek w deszczu i skręcamy w boczną przecinkę przez las. Jedziemy z kilometr i na drodze-nasypie stawiamy namioty. I tak widać, że nikt tam nie jeździ.

Rano już nie pada wyjeżdżamy na asfalt i kierujemy się w stronę pobliskiej Moskwy. Przy tankowaniu z przerażeniem stwierdzam, iż przymocowana do gmola kamera GoPro odpadła i …… dupa!!!! Jestem zły. Szkoda mi nie tyle kamery i karty pamięci co tych ujęć, których nie będę miał czym nakręcić. Paweł stwierdził potem, że widział jadąc za mną odpadającą kamerę ale wydało mu się, że to pusta paczka po papierosach rzucona z jadącego z naprzeciwka TIRa

Już bez większych przygód mijamy trzecim kręgiem Moskwę (tu padł mój rekord zużycia paliwa 4,8 l./100 km.) i na cel bierzemy Samarę i góry Ural, gdzie stanęliśmy na parę fotek na umownej granicy Europy i Azji.

20160607_092609

Jeszcze przed Uralem mam awarię. Upala mi się kostka od alternatora. Skręcam kable na głucho i izoluje je, ale okazuje się, że alternator ma spalone już jedno uzwojenie. Dalsza jazda możliwa jest bez świateł. Korzystam z diodowych halogenów zamontowanych przed wyjazdem. Jak przystało na produkt Chiński odpadają z nich aluminiowe mocowania i musze wszystko spinać trytkami a następnie w niedługim czasie jeden z nich przestaje działać. Dalszą cześć trasy (ponad 20tys.km) pokonuje na jednym halogenie. Robię też kilka szybkich poprawek w olejarce łańcucha, którą zamontowałem tuż przed samym wyjazdem i nie zdążyłem przetestować. Oczywiście konstrukcja w technologii rejli. Zbiorniczek po płynie hamulcowym traktora – z Agromy, elektrozawór od instalacji gazowej i zaworek akwarystyczny. Na końcu zaś kawałek miedzianego przewodu hamulcowego. Proste, tanie i niezawodne! Zjeżdżając z Uralu czujemy przykrą woń palonego azbestu. To ciężarówki. W pewnym momencie wyczuwam jednak dodatkowo zapach benzyny. Ignoruje go. Tu wszystko przecież śmierdzi!!! Samochody są przeciążone na zjazdach i podjazdach. Dojeżdżamy do Czelabińska a GARMIN ładuje nas do centrum miasta, skrzętnie omijając obwodnicę.

Okazuje się, że mam jakiś dziwny problem z kranikiem paliwa, który z jednej strony nie do końca się otwiera a z drugiej podcieka w nieokreślonym miejscu. Rozbiórka w upale nie należy do najprzyjemniejszych, a niedalekiej przyszłości okazuje się, że również jest nieskuteczna. Po drodze w kierunku Irkutska zgubiłem lewy kufer, który nie wytrzymał wibracji. Straciłem wszystkie narzędzia, filtr oleju, paczkę z różnymi klejami, nieco ciuchów i adidasy. Niedługo potem łapię swoją pierwszą gumę z przodu poprzedzoną nieco wcześniej awarią licznika (wydarło plastikowy ślimak przy kole). Sebastian chodził tylko kiwając głową i powtarzał – co za wyjazd, tyle awarii nie było na żadnym poprzednim wyjeździe!

PAWEŁ

Przed miejscowością Kamerowo z naszych lusterek znika Sebastian i Jego Afryka. Wracamy i naszym oczom ukazuje się motocykl z rozerwanym tłumikiem. Z SBK LEO VINCE zostało trochę wełny szklanej i wewnętrzna rura. Dźwięk jak z V8 nie do zniesienia przy większych prędkościach i na dłuższą metę. Szukamy miejscowości ze sklepem motoryzacyjnym i warsztatem wyposażonym w spawarkę. Ostatecznie dobieramy idealnie pasujący i brzmiący tłumik od Łady 2107 „żiguli”. Afryka cichutko jedzie dalej za ogólny koszt 70 zł. I w takim stanie dojechała do Polski. Sebastian oczywiście zakochany w swoje królowej podkreślił, że to tłumik akcesoryjny i nie można mówić że to posuła się Afryka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Z dramatycznych sytuacji zaznaczyć muszę, że przez remonty dróg na całej trasie przejazdu na jednym z wahadeł o mało nie zostaliśmy staranowani przez rozpędzonego kamaza, którego kierowca ratował nas i siebie ucieczką na pobocze i do rowu.

ROBERT 

Ciągle daje mi się we znaki problem z cieknącym kranikiem, zaś motocykl Pawła od Uralu nabrał takiej dziwnej właściwości, że paliwo ze zbiornika pobierał tylko do połowy jego napełnienia.

Kierujemy się w stronę małej miejscowości Swirsk niedaleko Irkutska, gdzie przekraczamy rzekę Angare. Jedyną rzekę, która wypływa z Bajkału. Przeprawa promowa istnieje tylko po to, żeby przewozić ciężarówki z drewnem. Pani bileterka na promie próbowała nas skasować nadwymiarowo, ale na szczęście znajomość rosyjskiego i cięty język nie pozostawiły jej pola manewru. Głupio się potem tłumaczyła, że u nich wszystkie motocykle są z wózkiem bocznym i takie liczy się inaczej.

Na chwilkę przed przeprawą zjechaliśmy do sklepu w wiosce, którą mijaliśmy. Kupiliśmy jedzenie i ………. Piwo. Był przy tym spory problem, gdyż ustawa zabrania sprzedaży alkoholu po godzinie 21 oraz w niedziele i święta… a było właśnie święto!! Przekonałem jednak sympatyczną Panią Sklepową ,że nikt nas nie widzi. Zgodziła się pod warunkiem, że kupie czarną reklamówkę, żeby nikt nie widział co niosę. Nieco wąskich sympatycznych asfaltów i zbliżyliśmy się do Wierszyny. Był to nasz pierwszy cel wyprawy. Polska Parafia i wieś (ok 850 osób) potomków polskich emigrantów ekonomicznych przemieszanych z ludnością rosyjska.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

PAWEŁ

Polacy dostali tę ziemię od Cara na początku XX wieku. Polskie korzenie deklaruje 125 rodzin, reszta to Rosjanie (Słowianie) oraz rdzenni mieszkańcy okolic Bajkału tj. Buriaci.  

ROBERT

Na kilkanaście kilometrów przed wsią, już po pokonaniu znacznej odległości po szutrze, nadeszły wielkie czarne chmury i zaczęło solidnie wiać. Schroniliśmy się pod betonową wiatą przystanku przyozdobioną warstwą bydlęcych odchodów. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że droga pokryła się dziwną rozmokłą glinką, która zakleja wszystko, w tym błotniki. Skutek? Przednie koła przestały się obracać! Gleba goniła glebę Ubłoceni dotarliśmy do wioski i odczytaliśmy nazwę. Huuura!!!! Jesteśmy u celu. Pokonanie 1,5km. Zajęło nam 1,5 godziny. Zaczęliśmy snuć domysły jak ta droga wygląda po tygodniu opadów, skoro jest tak źle po półgodzinnym deszczu.

Odnaleźliśmy przeuroczy drewniany kościółek, a kiedy zatrzymaliśmy się przed nim, zauważyliśmy, że z tyłu od domu parafialnego idzie starszy sympatycznie wyglądający pan w koszuli spodniach na szelkach. Usłyszeliśmy polską mowę i kamień spadł nam z serca. Starszy Pan okazał się być Proboszczem tej Parafii. Ojciec Karol zaprosił nas do środka i zaproponował nocleg. Wieczorem opowiedział nam o życiu ludzi w tej miejscowości, problemach trapiących tą społeczność i nowym młodym pokoleniu, które powoli i nieuchronnie dorasta. Poznaliśmy też przebywającego gościnnie na parafii Janka z okolic Warszawy, który okazał się być osobą niezwykle uczynną. Pomógł nam rozpalić saunę (kąpieli byliśmy naprawdę spragnieni), a następnego dnia oprowadził po wiosce oraz pokazał Muzeum Wsi Polskiej. Bardzo żałowaliśmy, że zostaliśmy tak krótko, ale następnego dnia Ojciec Karol z Jankiem wyjeżdżali do Irkucka. Miał po nich przyjechać samochód. Oj, jaki los jest przewrotny!!! Kierowcą okazał się nasz kolega poznany przed pięciu laty w Irkucku – Paweł (Monach) z forum A

Korzystając z okazji robimy serwis motocykli. Ja desperacko przerabiam kranik na elektrozawór od LPG i do końca wyjazdu jest już dobrze. Teraz swoje kroki skierowaliśmy ku Orcholmowi. Jest to przepiękna wyspa na Bajkale. Po drodze czekał nas jeszcze Irkuck-stolica regionu i olbrzymi moloch. Ku naszemu zaskoczeniu temperatura w okolicach Bajkału gwałtownie spadła i z 38st zrobiło się 18. Wielka masa wody wytworzyła niesamowity mikroklimat, a było jeszcze wczesne lato. Kolejnym, tym razem miłym zaskoczeniem okazał się prom, który był bezpłatny.

Na samej wyspie szuterki i piękne widoki. Zatrzymaliśmy się w pensjonacie U PANA prowadzonym przez Polaka i jego sympatyczną małżonkę. Standard naprawdę nas zaskoczył. Sauna, basen – było super. Rano, pustymi motocyklami, pojechaliśmy na koniec wyspy do Parku Krajobrazowego. Cieszyliśmy się, że tak to wymyśliliśmy, gdyż teren był trudny a piaski grząskie i podstępne. Było parę spektakularnych gleb! Okazało się tutaj, że Pawła trampek źle się prowadzi w piasku, a problemem jest brak wzmocnienia pod błotnikiem, czego nie zauważył mechanik w Polsce robiący lagi przed wyjazdem. Na szczęście U PANA był też zdolny spawacz, który dorobił potrzebną część na wzór wyjętej z mojego motocykla, z kawałka zderzaka UAZa. U PANA spędziliśmy dwie noce i dowiedzieliśmy się, że – „…Poliak eta nie nacionalnost, tolka profesia…”. Postanowiliśmy, że umyci z wypranymi ciuchami zaatakujemy dalszą cześć trasy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

PAWEŁ

Robert zapomniał dodać, że Bajkał przez większą część roku skuty jest kilkumetrową warstwą lodu. Co za tym idzie woda w nim jest zimna i w czerwcu osiąga ok 6 stopni C. Tu nagle u jego brzegów stoi jak bóg stworzył 2 hardcorów w Polski z chytrym planem kąpieli. Udało się pluskać przez 20 sekund. Wrrr….Strefa do ok 50 km od Bajkału wymagała wpięcia w nasze ciuchy Motony nie tylko membran, ale i pikowanej podpinki.  

ROBERT

Nowym celem stało się Ulan Udee. Miasto, gdzie znajduje się pomnik największej na świecie głowy Lenina. Dla mnie oprócz paru fotek udało się też kupić płaszcz p. deszczowy, gdyż moja markowa i droga deszczówka rozpadła się w dłoniach przy pierwszej próbie zakładania.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Powoli zauważyliśmy zmiany krajobrazu. Przed nami droga na Charabowsk – Władywostok. Skręcić na północ mieliśmy w niedużym mieście Skorowodino. I tam tak naprawdę zaczęła się prawdziwa przygoda. Już kilkaset kilometrów przed tym skrzyżowaniem, na którym przywitała nas ulewa, asfalt miał wieeelkie zapadliska – po 30 – 50cm opadniętej drogi w dół. Cały pas był na jakimś odcinku opuszczony. Taka sekwencja potrafiła zdarzyć się na odcinku 500.m. I 100 razy. Było to bardzo niebezpieczne w przypadku zagapienia, a sądząc po czarnych śladach hamowania zdarzało się to już tysiące razy.

Zaraz za przepięknym i wielkim ślimakiem skrzyżowania zaczął się szuter. Do Tyndy kilka razy były niewielkie kawałki asfaltu. Pogoda zaczynała już pokazywać, co to znaczy SYBERIA!!!! Zaraz za Tyndą spotkaliśmy grupkę lokalnych motocyklistów. Prosili abyśmy uważali, gdyż niedźwiedzie są wyjątkowo głodne i zabiły już dwóch pracowników kolei. Jazda w stronę Jakutska była istną mordęgą. Góry, rozmiękła droga, deszcz, przełęcze i temperatura w okolicach 5st.C nie napawały optymistycznie pomimo kilu niewielkich odcinków asfaltowych. Ponadto „puściły” moje buty (Sidi Adventure), które teraz po powrocie mają 175 tys.km przebiegu i nadal są wygodne – tylko biorą wodę. Tak naprawdę to to najbardziej mnie męczyło przez resztę wyjazdu. Nogi rozmiękłe jak po kąpieli w wannie (z dodatkiem błotka). W okolicach Ust Nera straciłem czucie w nogach i podpierałem się nimi jak jakimiś drewnianymi kikutami.

Mieliśmy naprawdę duży problem aby znaleźć miejsce na nocleg. Ostatecznie zjechaliśmy jakąś przesieką, która była mega stroma i rozbiliśmy się po ok kilometrze na środku bocznej drogi biegnącej jakimś nasypem. Ustawiliśmy motocykle rzędem i przy nich na ścisło rozbiliśmy namioty (niedźwiedzie) zauważyłem, że środkowe miejsce jest szczególnie pożądane – hehhhehhh. Na kolejnym już noclegu mieliśmy więcej szczęścia i znaleźliśmy obok nadajnika GSM (miejscowość ULE) starą bazę drogowców, a w niej kilka barakowozów. Uprzątnęliśmy jeden z nich i tam rozłożyliśmy śpiwory. Czuliśmy się bezpieczni ze względu na niedźwiedzie. Była to pierwsza z białych nocy. Ciemność na długo nas opuściła. Odtąd, żeby móc spać musieliśmy zaciągać na głowy kurtki motocyklowe Motony. Nawet w tej nietypowej roli sprawdziły się znakomicie. W połączeniu ze zmianą stref czasowych bardzo rozregulowało to nasz zegar biologiczny

Rano ruszyliśmy w stronę niedalekiego już Jakutska.

Miasto to leży przy drodze na Magadan, ale po drugiej stronie Leny. Rzeka ta jest jedną z największych na świecie i swój olbrzymi nurt kieruje w stronę Morza Białego. Przez większość roku przykrywa ją warstwa lodu o grubości od 4 do 8m. grubości. Tradycyjnego mostu oczywiście brak. Pływają oczywiście latem promy, które na odległy brzeg płyną w stronę miasta 1,5 godziny, lekko z prądem, zaś z powrotem 2h.10min. Ogrom nas powala.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na promie poznajemy wielu ludzi. Niektórzy z nich chcą tylko porozmawiać, zaś inni robią sobie zdjęcia. Wśród nich poznajemy także Maje – rodowitą Jakutke – prawniczkę z wykształcenia. Wymieniliśmy się numerami telefonów i umawiamy na wspólne zwiedzanie miasta.

Po zjechaniu z promu jedziemy szukać muzeum mamuta. Ostatecznie lądujemy przed pięknym budynkiem, u stóp którego stoi piękny pomnik mamuta. Tabliczka wskazuje nam jednak, że popełniliśmy błąd i jest to uczelniany wydział geologii i skamielin. Troszkę szkoda. Seba nie odpuszcza i idzie się dopytać. Szukamy dalej a pogoda ciągle nas nie rozpieszcza. Ostatecznie decydujemy się ze względu na porę dnia ruszyć dalej w stronę Magadanu – 2040km szutru kamieni i błota oraz jak się okazało innego syfu. Ustalamy, że Jakutsk zwiedzimy w drodze powrotnej, bo wtedy będziemy wiedzieli – jak stoimy z czasem.

Telefonicznie uzgadniamy z Mają, że odezwiemy się na powrocie.

O dziwo tereny przy drodze okazują się nieco mniej odludne niż te pomiędzy Tyndą a Jakutskiem.

Mijamy rozległe jeziorka i kałuże. Widząc wyraźnie, że ziemia roztopiona jest tylko na wierzchu a pod spodem czai się zmarzlina. Mamy niemały problem ze znalezieniem miejsca pod namiot. Wszędzie błoto i woda.

20160623_130422

W pewnym momencie, kiedy Garmin wskazywał, iż zbliżamy się do miasta Kandyga, wyjechaliśmy z lasu na otwartą przestrzeń i oczom naszym ukazała się bardzo prowizoryczna przystań promowa na kolejnej wielkiej rzece. Przeprawa jak zwykle okazuje się czasochłonna, gdyż wielki prom czeka aż będzie pełny zanim odpłynie. Dowiadujemy się, że płynąc będziemy 34km pod prąd gdyż znajdujemy się w miejscu gdzie do jednej wielkiej rzeki wpadają dwie inne wcale nie mniejsze. Aby dojechać do Kandygi należy wiec minąć promem ujścia obu rzek a potem przejechać jeszcze szutrem z grząskich okrągłych kamieni ok.30km.

Po drodze wyprzedzający mnie UAZ ogórek – zwany przez Lokersów TABLETKA z racji swojego kształtu sprzedaje mi sporego kamienia prosto w lampę. Pojawiają się spore popękania na kloszu ,ale huk jest taki, że myślałem, że kamień wpadł do środka lampy. Sama Kandyga nie zrobiła na nas większego wrażenia. Miasto smutne brudne i zaniedbane z kilometrami rurociągu ciepłowniczego. Robimy zakupy i jedziemy dalej.

Pogoda mocno daje się już we znaki. Zimno i deszcz. Drogi rozmiękły Znajdujemy pensjonat w okolicy miasteczka Tiopłyj Klucz – zamknięty niestety. Właściciel ( z wyglądu drab spod ciemnej gwiazdy i wielki gbur w pierwszym spotkaniu) pozwala rozbić nam namioty a po chwili proponuje rozpalenie bani (okazuje się, że to wyjątkowo miły, ale nader twardo ociosany, samotny mężczyzna). Po bani zaprasza nas na herbatkę. Gawędzimy nieco (opowiada o niedźwiedziach)i idziemy spać.

Wygrzani i umyci od razu mamy lepsze humory.

Co jakiś czas komunikujemy się z naszymi kolegami jadącymi przodem, aby ustalić dystans nas dzielący. Chcielibyśmy już połączyć siły z Robinem i Adamem.

Kierujemy się w stronę miasta Ust Nera. Jest to najdalej na północ wysunięty punkt trasy.

Dojeżdżamy tam w tragicznych warunkach po rzadziutkim i śliskim błocie. Mamy dość. Szukamy gastnicy i wstawiamy motocykle do prywatnego garażu ciecia – muzułmanina, pilnującego pensjonatu, chyba jest jedyny na 1000km w obie strony.

Kiedy tenże podwoził nas z garażu do gastnicy swoim minibusem spojrzał na nas przy wsiadaniu i powiedział:

Tylko prosssszzze – bardzo proszę, nie siadajcie na siedzeniach!

Spojrzeliśmy na siebie i….

Byliśmy jednobarwni. Uwaleni od stóp do głów. A on miał całkiem fajne i czyste pokrowce na fotelach.

Z noclegiem wiąże też się dość zabawna sytuacja. Okazało się, że dostępny jest tylko pokój dwuosobowy. Dla nas nie problem! Sebastian wyrywa się pierwszy, że on będzie spał pośrodku między łóżkami na karimacie, w śpiworze. Dla nas – OK. Miła pani w recepcji oznajmia nam, że w takiej sytuacji kasuje za dwóch a trzeci śpi gratis.(4000 rubli) Dobici na maxa kąsamy lekko jakąś rybną konserwę i walimy się do łóżek.

O godzinie 6 (chyba) słyszę telefon Seby. Budzik naparza i naparza…przerwa…przysypiam. Budzik znowu naparza i naparza. Już wiem – drzemka! Jestem jednak max zaspany i zmęczony. Leże. Może ktoś inny coś z tym zrobi…….. Po 5 czy 6 powtórzeniu słyszę głos Pawła

– „czyj to budzik?”.

Ja mruczę coś w stylu …. piąta rano po co i kto tak ustawił?????

Słyszę jak Paweł mocno chwyta Sebastiana leżącego poniżej pomiędzy nami i zaspany trzącha nim wołając o budziku. Następnie nieco przestraszony woła mnie, że ten się nie odzywa!!! Zaspany uchylam oczy i spoglądam w dół. ….. Seba leży na wznak. Głowa lekko odchylona do tyłu… Ręce na klatce piersiowej a dłonie z zaplecionymi palcami(mam durne skojarzenie, że to jak w trumnie, tylko różańca brakuje). Oczy mi się szeroko otwierają ze strachu i w tym momencie łapie go za łokieć wołając coś o wstawaniu. Ramie jest sztywne jak u nieboszczyka, a uchwyt dłoni żelazny……. Jest sztywny na maxa!!!

Jestem przerażony, ale na szczęście nagle słyszę meeega chrapniecie. Seba zaczyna rżnąc równiutkim chrapankiem… Proszę Pawła o rozłączenie telefonu Seby, który ładuje się po jego stronie i idziemy spać dalej.Cała sytuacja jest tym bardziej niesamowita, że to ja i w drugiej kolejności Paweł chrapiemy i mamy twardszy sen. Seba ma sen leki jak ważka, wstaje nawet zmęczony o 6 rano i powoli krząta się po obozie dając nam wyrozumiale dospać do umówionej 7mej. Kładąc się wieczorem miałem wrażenie, że moje buty plus temperatura – to właśnie mnie załatwiły najmocniej. Schodząc z motocykla przed gostnicą nie za bardzo miałem czucie w stopach. Chodziłem jak na protezach. Miałem tyko dwa marzenia – prysznic i łózko.

Rozgrzane motocykle plus błoto. Jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale okazało się, że rano mamy problem po przejechaniu kilku kilometrów. Błoto skamieniało na chłodnicach i nie bardzo daje się wyczyścić. Próbujemy różnych sztuczek, ale niezbyt nam to wychodzi. SKAMIENIAŁO!!!

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pogoda nadal słabiutka i szczerze powiem, że jakoś wcale nie chciało mi się jechać dalej.

Zaraz niedaleko spore miasto (a jak na tą część świata to olbrzymie) KANDYCZAN. Ilość mieszkańców – 0 (zero). Puste blokowiska, otoczone drewnianą opończą domków jednorodzinnych. Stara wielka kopalnia. W oddali widać kolorowe – nowsze bloki.

Zgroza!!!

Wjeżdżamy do centrum mijając hałdy wraków samochodów (głównie moskwicz i zaporożec), jakieś stare rzędy garaży. W blokach na parterze rzędy przeszklonych sklepów.

Szklenie jest podwójne w odstępie ok. 120cm. Z przodu niby wystawa. Przy -70st C. to jednak konieczność, a takie temperatury tu się zdarzają!!!! Minus 55-65st.C. Jest tutaj standardem. Do tego chłodne i niestabilne lato trwa miesiąc. Szybko nadchodzi noc polarna. Cisną nam się pytania: co tutaj przygnało tych ludzi, co ich tu trzymało? Miasto było świadkiem miłości, dorastania, śmierci, wielkich tragedii i olbrzymich uniesień. Świąt państwowych i celebrowanych drobnych uroczystości rodzinnych.

Co zakończyło wszystko? To akurat wiemy – wyłączenie wielkiej kotłowni. Nie ma takiej siły aby przeżyć w bloku bez ogrzewania w tym srogim klimacie. Trafiamy na centralny deptak. Wyspawane z prętów stalowych ogrodzenia przy trawnikach, aby ich nie deptać. Ławeczki nieco kąśnięte zębem czasu. Resztki zdziczałych róż (jak one tu przetrwały???).

Dalej widzimy plac a centralną jego część stanowi obelisk z popiersiem Jedynego Słusznego Wodza. Nieznani sprawcy młotami rozbili mu twarz. Utwardzony wielkimi płytami z betonu deptak jest pozapadany i wybrzuszony a płyty są obrośnięte trawą. Tak pracuje wieczna zmarzlina.

Rozglądamy się dookoła: Szkoła, kino, dom kultury. Czas się zatrzymał. W oddali widać wielką hale sportową i kosze do gry wewnątrz. Ściany już nie pasują do siebie, bo przesunęła je zmarzlina, ale ciągle dzielnie podtrzymują dach. Wcześniej na wjeździe do miasta mijaliśmy Restaurację Polarną – świetnie zachowaną. Czujemy się troszkę jak w Czarnobylu. Czas się zatrzymał.

20160612_110145

Gdzieś dalej po drodze, kilkaset kilometrów przed Magadanem, Sebastian łapie gumę z przodu. Akurat nie pada i jest nawet plus 15st.C. Miejsce jest tragiczne. Pył jak po nadepnięciu purchawki. Widać wyraźnie, że to 300m. drogi wysypanej czymś dziwnym i wyrównanej równiarką. Masakra. Seba „wybrał” miejsce najgorsze z najgorszych na złapanie gumy.

Kiedy mamy już zdjęte przednie koło zatrzymuje się koło nas jadący z naprzeciwka Kamaz. Wersja 6×6 z zabudową do przewozu ludzi.(w Polsce zwaną kiedyś Świniowozem hehhe). Sympatyczny kierowca – lekko starszy pan (ok 55l.) wypytuje nas najpierw kim jesteśmy i dokąd zmierzamy a potem proponuje swoją pomoc. Grzecznie odmawiamy, bo mamy wszystko, co potrzebne.

… Mam kompresor – mówi- pomogę napompować.

– Dziękujemy! Mamy kompresorek. Damy radę – odpowiadamy.

– Dobra, ale mam narzędzia i wszystko, co potrzebne(też grzecznie podziękowaliśmy)

– Dobra. Będziecie długo pracować to zgłodniejecie – chleb wam zostawię… podziękowaliśmy również twierdząc, iż wiedzieliśmy, że tu jest odludzie i mamy zapasy.

– Dobra. To może coś do chleba chociaż zostawię? Rozczuleni już takim podejściem wytłumaczyliśmy mu, że niesamowicie baardzo dziękujemy i doceniamy, ale mamy wszystko. Kierowca przeszedł na chwile na luźną rozmowę a następnie dyskretnie zapytał:

– to może, chociaż papierosy wam zostawię, żeby wam nie zabrakło? Słabo trafił, bo nikt z nas nie palił ale mnie osobiście facet wzruszył.

Piękne podejście do problemów innych ludzi. Dopiero potem w rozmowach, kiedy przemyśleliśmy sobie wszystko na spokojnie doszliśmy do wniosku, że ten rejon jest tak „łagodny klimatycznie ”przez miesiąc. To nasz czas na przejazd motocyklami. Potem, jeśli ktoś komuś nie pomoże, komuś zgaśnie silnik, ma godzinę lub półtorej i umrze. Tylko pomoc innego człowieka może uratować życie. Nikt się nie wacha. Dziś ja bezinteresownie pomagam Tobie, ale jutro to Ty możesz ocalić mnie, albo moich bliskich. Dla mnie właśnie, tego brakuje w Polakach. Cywilizacja Zachodnia(UE) wnosząc wiele dobrego wiele też w nas zepsuła. My Polacy – nie umiemy już bezinteresownie uśmiechnąć się do innej osoby. Jako dziecko zapamiętałem, że ludzie w Polsce byli zdecydowanie bardziej życzliwi względem siebie. Dziś wiemy, ze jak Polak Polakowi nie zaszkodził – to już pomógł. – przykre!!!

PAWEŁ

Pomimo przeciwności chcemy osiągnąć cel, który jest coraz bliżej o czym informują nas znaki. Mamy do Magadanu 1500 km a za chwilkę 1560 km. Nikt na to nie zwraca uwagi, bo tam pokonanie trasy liczone jest w dniach a nie godzinach. Warunki pogodowe mogą spowodować, że droga będzie nieprzejezdna przez kilka dni, a nawet tygodni. Dzienne tripy skurczyły się z 700 – 800 km do maksymalnie 400 km. Nawierzchnia drogi to przeważnie pokruszony materiał z pobocza lub pobliskiej góry. W zależności od jego frakcji jesteśmy oblepieni błotem albo pyłem. Zacinają się suwaki w ubraniach i przestają działać mechanizmy w naszych szczękowych kaskach.

Wzdłuż drogi widać dziesiątki kopalni złota. Praktycznie każda rzeka poprzecinana jest hałdami odłamków skalnych i kamieni, które są odpadkami po przeprowadzonym procesie płukania złota. Pejzaż iście księżycowy, a ja czuję się jak w serialu Gorączka złota na Discovery. Co chwilkę mijamy na drogach potężne ciężarówki wiozące urobek.

Na odcinku od Bajkału po Magadan i z powrotem każdy nocleg to szereg przygotowań i tak po: 1. Żeby nie zapraszać niedźwiedzi na posiłek każdą kolację jedliśmy minimum 20 km od planowanego noclegu. Było to uzasadnione, bo naszą dietę od 3 tygodni stanowiły szprotki w puszcze (w zależności od dostępności i urozmaicenia menu w oleju bądź sosie pomidorowym) pokarm bardzo aromatyczny. 2. Rozbicie namiotu zajmowało 2 sekundy i potem rytualne piwko lub seteczka. 3 Obowiązkowe wyposażenie namiotu to mata, śpiwór, jakieś szpargały i najważniejsze – gaz, gwizdek odstraszający i w moim przypadku rozłożona saperka co by walić w łeb atakującego namiot. Same biwaki staraliśmy się rozbijać jak najbliżej drogi i jednocześnie w miejscach niewidocznych.

Niegościnność terenu powoduje znaczne rozrzedzenie miejscowości i możliwości zatankowania motocykli. Na tym odcinku wieziemy dodatkowe paliwo, bo dystans między stacjami sięga 400 km.

Następnego dnia w Ust Nera tankujemy nasze motocykle i jak zwykle odpowiadamy na pytania skąd i gdzie jedziemy. My oczywiście starą śpiewką z Polszy na Magadan. Chwilkę rozmawiamy z serwisantami sprzętu budowlanego firmy komatsu, którzy jeżdżą po okolicznych kopalniach złota i dbają o maszyny. Dowiadujemy się od nich, że droga tzw. „letnia” do Tomtoru, którą chcemy przejechać po osunięciu góry przestała istnieć. Poradzili, żeby się tam nie pchać bo można utknąć na kilka tygodni.

Dojeżdżamy do rozwidlenia nowej i starej drogi. Drogowskaz na Tomtor pokazuje piękny betonowy most, ale ostrzeżeni o niebezpieczeństwie rezygnujemy i jedziemy prosto.

W strefie granicznej między obwodem Jakuckim (Sacha) a Magadańskim widzimy wiele opuszczonych osad, wsi i chyba najbardziej znane miasto Kadekczan. Postanawiamy zobaczyć co kryje to ponure miejsce. Wygląda jak Prypeć koło Czarnobyla. Czas się zatrzymał, na drodze i parkingach stoją stare samochody, na placach i między blokami walają się róże sprzęty w mieszkaniach pozostał sprzęt AGD i przetwory na kolejną zimę. Niestety prócz nas i uszkodzonego monumentu głowy Lenina nie było tam żywej duszy, a samo miasto wyglądało, że w czasach świetności było zamieszkane przez kilkanaście tyś ludzi. Obraz bardzo przytłaczający. Uciekamy stąd.

Kolejny cel to Susuman – miasto górnicze z charakterystycznym dziobem samolotu wystającym z budynku szkoły. Aktualnie jest to technikum, a kiedyś szkoła lotnicza, sam dziób pochodzi z samolotu liniowego Moskwa-Magadan. Po zrobieniu standardowych zakupów w okolicy godz. 22, tj. szprot w oleju, bochenek chleba, woda mineralna i „czarna reklamówka”, o której wcześniej pisał Robert oddalamy się na wschód. Nie ma tu czego szukać, bieda i alkoholizm. Kolacja kilka km za miasteczkiem i szykujemy się do ostatniego noclegu przed najdalszym celem naszej podróży. Kolejna biała noc, dźwięk zamykającego się suwaka od namiotu łączy się z dźwiękiem chrapania. Cała trójka dawała czadu. Mnie czasami budziło moje chrapanie.
24 czerwca 2016 r. to dzień naszej chwały, bo późnym wieczorem wjeżdżamy do upragnionego Magadanu. Wcześniej spotykamy Robina na AT, z którym nie mieliśmy wcześniej kontaktu przez ponad tydzień. Czeka na nas na poboczu 200 km odcinka asfaltu prowadzącego do Magadanu. Jego kompan Adam musiał zjechać do warsztatu w celu pospawania uszkodzonych elementów jego BMW GS 650. Godzinna rozmowa i układanie planu na ewentualne połączenie sił w drodze do Mongolii. Są raptem jeden dzień przed nami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Do samego miasta wjeżdżamy grubo po 21. Kilka fotek na wjeździe i szukamy noclegu. Wskazany przez Robina motel jest zajęty i nie ma możliwości bezpiecznego przechowania motocykli. Ostatecznie dostajemy od właściciela adres gastnicy z garażem (kilka km za miastem). Dojeżdżamy, dogadujemy cenę, parkujemy i idziemy spać.

Sobota 25 czerwca to dzień wymiany opon, klocków hamulcowych Makland, zębatek zdawczych i zwiedzania Magadanu. Na plaży spotykamy motocyklistę na crossie, który deklaruje pomoc w zwiedzaniu. Prowadzi nas do punktów, o których wyczytał Sebastian. Odnajdujemy monument smutnej twarzy oraz stalowego mamuta.

Magadan to miasto, w którym widać bogactwo regionu. Króluje tu toyota z Land Cruiser i lexus. Widać przepych w architekturze. Region Magadanu swoje bogactwo czerpie z kopalni złota, diamentów, uranu i węgla. Zapewne duże pieniądze przynosi jeden z największych portów w tym regionie (następny jest we Władywostoku).

Potem obiad i niespodziewany SMS od Robina gdzie jesteśmy bo on znowu jest w Magadanie i ma małą zmianę planów. Przesłaliśmy koordynaty GPS i czekaliśmy z niecierpliwością. Dojechał.

-Co jest?

-Adam zrezygnował, a ja chcę jechać z wami.

-Ok to jest nas czterech.

ROBIN

Jako że mieszkam na stałe w Irlandii Północnej i postanowiłem odbyć wyprawę w całości na kołach, rozpocząłem ją nieco wcześniej, bo 28 maja. 24-ty czerwca był więc moim już 28-mym dniem wyprawy, mając za sobą ponad 15000 przejechanych kilometrów. Po trzech dniach w Magadanie, które spędziliśmy na poszukiwaniu części i naprawie BMW w końcu udało nam się wyjechać. Ostatnie pożegnanie z Pawłem – Rosjaninem, który bardzo nam we wszystkim pomógł w Magadanie i już jesteśmy w drodze. Choć od kilku lat tak bardzo chciałem się tu znaleźć to teraz cieszę się niezmiernie, że w końcu stąd wyjeżdżam. Kilkadziesiąt kilometrów od Magadanu BMW daje znów znak, że on nie chce jechać – łamie się bagażnik Adama i wisi wszystko co było do niego przytwierdzone. Namiot leży na tłumiku i jak się później okazuje przepala się kilka dziur w tropiku, sypialni i podłodze. Więcej namiotów już nie mamy – mój został skradziony na drodze letniej w Kujdusunie tydzień wcześniej. Co tu robić, godzina już późna, pierwsza myśl wywalamy kufer centralny do rowu,  a rzeczy przepakowujemy gdzie się da. Nie zdążyliśmy jednak nawet zdjąć rzeczy z bagażnika gdy podjeżdża gość na starym rusku z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, strój i wszystko inne też ma z epoki. Od razu proponuje pomoc – kilka kilometrów dalej jest wioska, a w niej mieszka jego znajomy, który ma spawarkę. Toboły z bagażnika lądują w samochodzie brata motocyklisty i jedziemy. Adam zostaje przy swoim BMW I umawiamy się ze ja wracam do głównej drogi, bo z moich obliczeń wynika że druga ekipa z Polski powinna w tym czasie dojeżdżać. Okazało się że trafiłem niemal idealnie. Pół godzinki stania na poboczu (w tym czasie oczywiście kilka propozycji pomocy od przyjeżdżających kierowców) i chłopaki nadjeżdżają.

Szybka wymiana zdań, I rozjeżdżamy się. Wracam do Adama, jest już ciemno a ruskie jeszcze nie mogą zamocować pospawanego bagażnika. Około 22-ej w końcu wyjeżdżamy, mamy jeszcze 150 km do stacji benzynowej w Atce gdzie rozbijamy namiot o 1ej w nocy.

Sobota, 25 czerwca

Wstajemy wcześnie rano, zanim zrobi się duży ruch na stacji, tankujemy i w końcu jedziemy. Grawiejka w tym miejscu sucha jak pieprz i kurzy się za mną strasznie, więc nie widzę Adama za sobą. Po ok 5 minutach staje na poboczu bo coś mi nie pasuje, czekam kolejne 5 minut, Adama nie ma więc wracam. W końcu widzę że stoi na poboczu, motor mu zgasł i nie chce odpalić. Szybka diagnoza, podała pompa paliwa – już druga (podobno są w tych motocyklach bezawaryjne) – niestety więcej pomp nie mamy na zapasie. Holuje Adama z powrotem na stację w Atce i myślimy co dalej. Pompę może dałoby się w Magadanie naprawić dopasowując coś z samochodowych, Adam jednak się poddaje, nie chce już jechać. Próbujemy dodzwonić się do Pawła – nie ma zasięgu, Zostawiamy BMW na stacji, bagaże u pani z okienka I jedziemy razem na Afryce z powrotem do Magadanu. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy żeby złapać kontakt z Pawłem ale wciąż albo nie ma zasięgu albo Paweł nie odbiera. Tak dojeżdżamy do miasteczka Pałatka. Tu zasięg jest pełny, Adam pisze SMS, w tym czasie podjeżdża gość na Transalpie 700, patrzy na moją rejestracje (Irlandia Północna) i nawijamy sobie po angielsku, okazuje się jednak, że to Robert z Krakowa. Też leci do Magadanu, ale wcześniej jeszcze chce zaliczyć najdalej na wschód wysuniętą wioskę, więc do miasta planuje dojechać dopiero we wtorek. Robert w Magadanie kończy wyprawę, motor wrzuca na samolot do Moskwy i samego siebie również tą samą drogą. Cena za to Cargo jest bardzo niska – 500$, Adam więc podłapuje temat i umawiają się ze Adam będzie czekać w Magadanie I wyślą motory razem. Udaje się też w końcu skontaktować z Pawłem, dojeżdżamy do Magadanu i spotkamy się przy już dobrze nam znanym warsztacie. Paweł organizuje przyczepę, na którą będzie można wrzucić BMW żeby go ściągnąć do miasta, ja w tym czasie próbuje się skontaktować z chłopakami z drugiej ekipy żeby dalej lecieć razem. Umawiamy się z Adamem na nocleg w gostynicy w połączonych ekipach, nie wiedziałem jeszcze wtedy ze widzimy się już ostatni raz.

Instaluje się u chłopaków na miejscu noclegu, dostaje SMS od Adama, że jednak nie będzie spać z nami, bo zostaje u Pawła, mamy się zobaczyć rano.

Niedziela, 25 czerwca

Kolejnego dnia nie mogę się jednak skontaktować z Adamem, jest niedziela, minęło już południe wszystko co było do zrobienia, zostało już zrobione, więc trudno trzeba jechać. Wyjeżdżałem już drugi raz z Magadanu w tym tygodniu, więc obyło się bez płaczu za miastem.

Przejechaliśmy może z 50km I Sebol się zatrzymuje na środku drogi żeby przepuścić jakieś duże śmieszne psy, te jednak nie szczekają bo okazuje się, że to 2 młode niedźwiadki, a za nimi ich matka.

Droga leci jakoś łatwiej niż poprzednio, zatrzymujemy się w Atce na już doskonale znanej mi stacji, tankujemy i lecimy dalej. Pawła trampek coraz bardziej kaszle i prycha, nie ma wyjścia, trzeba zrzucić gaziory. Robert z Pawłem czyszczą dysze i lecimy dalej. Po drodze jeszcze Paweł zalicza na jednym z zakrętów na grawiejce piękną glebę z lekkim poślizgiem. U kierownika na szczęście obyło się bez strat. Motor dostał kolejne kilka metrów taśmy naprawczej głównie w okolice twarzoczachy i już kontynuujemy podróż. Mieliśmy wcześniej nadzieję na dojazd w okolice Susumanu, przymusowe postoje jednak wybiły nam to z głowy. Koło 22giej zjeżdżamy w lasek, rozbijamy namioty, wypijamy wieczorną dawkę złotego napoju (w końcu jesteśmy na terenach złotonośnych), co by niedźwiedzi bać się trochę mniej, każdy bierze gaz w rękę, tudzież petardy i idziemy spać.

Poniedziałek, 26 czerwca

Kolejnego dnia budzi nas budzik w telefonie Sebola, budzi wszystkich poza Sebolem, który miał niezrozumiały dla mnie jeszcze wtedy rytuał, – idąc spać włączał budzik, po czym instalował sobie w uszach stopery żeby nie słyszeć chrapania kompanów. Wynik zwykle był ten sam – telefon budził kompanów, którzy następnie budzili Sebola.

Pogoda tego dnia znacznie nam się zepsuła, padało i nie zamierzało przestać. Dojechaliśmy do Susumanu, kilka fotek przy samolocie wystającym z budynku miejscowego technikum I lecimy na kawę. Przed barem przyczepił się do nas miejscowy pijaczek, koniecznie chciał się przejechać na którymś z naszych motocykli, bo jak to tłumaczył jesteśmy w Rosji, a on jest ruski I musimy mu dać. Był przy tym tak bardzo upierdliwy, że dopiero wezwana przez obsługę baru policja oswobodziła go od nas, wywożąc go gdzieś. Od Susumanu do Ust Nery jest 400km drogi bez żadnej stacji benzynowej, a jeszcze w Kadykczanie chcemy odbić na drogę letnią więc tankujemy paliwo na full i do czego się da na zapas. Sebol, jako że nie ma żadnego kanisterka to przegląda miejscowe śmietniki wygrzebując co się nada w tym celu. W Kadykczanie jeździmy po opuszczonym mieście, a Paweł w opuszczonym warsztacie naprawia coś tam
w Transalpie. Jest nawet kanał do dyspozycji.

Przeliczamy zasoby paliwowe, pogodowe itd. I decydujemy że lecimy prosto na Ust Nere. Łapiemy gumę za gumą – tego dnia było chyba 8 plus rozcięta opona u Sebola. Śpimy w przydrożnej Żwirowni jeszcze przed Ust Nerą.

Wtorek, 27czerwca

Kolejny dzień, Sebola budzik nas budzi, my budzimy Sebola I już można jechać. W Ust Nerze tankujemy, jemy I jedziemy dalej w stronę Kjubeme. Kilka km za Ust Nerą widzę wskazówka temp jest na czerwonym polu. Okazuje się że zatkana chłodnica już nie dała rady I puściła w miejscu gdzie przetarł ja plastyk mający ją ochraniać. Dużo roboty nie było, bo w Afryce wystarczy odkręcić 2 śrubki żeby ściągnąć boczek przy zbiorniku I już mamy chłodnice na wierzchu. Sama chłodnica była jednak tak zapchana że trzeba było na ściągnąć I przemyć w przydrożnym strumieniu. Robota szybka, ale trzeba czekać aż klej zwiąże i na tym zeszło najwięcej czasu. Wieczorem okazuje się że klej jednak nie zdążył związać wystarczająco i trzeba było kleić ponownie, tym razem zostawiliśmy chłodnice w spokoju na noc i tak już jeździ do dzisiaj. Tego wieczora dość długo szukaliśmy miejsca na biwak, bo i dużego wyboru nie było. Góry, wąska droga i z rzadka coś odchodzi w bok. W końcu instalujemy się na jak nam się wydaje nieuczęszczanej bocznej drodze wiodącej donikąd. Rozbijamy obóz, biorę się za klejenie i zanim zdążyliśmy otworzyć pierwsze piwo, podjeżdża ciężarówka z jakimiś tam naukowcami – przyrodnikami – tak nam się przynajmniej przedstawiają. Robą sobie z nami fotki i jadą dalej. Później jeszcze w pobliżu nocuje jakiś gość w terenówce.

Środa, 28 czerwca

Kolejnego dnia wstaję wcześniej żeby przykręcić sklejoną ponownie chłodnice, zdążam jeszcze zanim zadzwonił budzik u Sebola. Widzę chłopaki wstają, budzą Sebola i dają mi resztkę wody do chłodnicy.

Dojeżdżamy do Kjubeme, sesja zdjęciowa na moście nad rzeką, później kolejna przy starym zjeździe na drogę letnią i walimy w Góry Czerskiego. Za górami trafiamy na „wysyp” Jętków, bo akurat mają okres. W Ciopłyj Klucz Robert łapie gumę z przodu, bo dzień bez gumy dniem straconym i jedziemy do Chandygi. Okazuje się, że stacja benzynowa jest nieczynna przez kolejną godzinę, ale to nie szkodzi bo Robert ma do wymiany kolejną dętkę – tym razem z tyłu. Tankujemy, kupujemy piwko i lecimy na prom przez Ałdan – 10km. I teraz pytanie co mogło Roberta jeszcze spotkać tego dnia? Oczywiście guma, tym razem z przodu. Robert jednak twardo dojeżdża na flaku do promu co by zdążyć na ostatni, niestety jak się okazuje na próżno, kolejny prom płynie rano. Odjeżdżamy kawałek dalej, i rozbijamy kolejny obóz.

Czwartek, 29 czerwca

Rano instalujemy się na promie, a następnie lecimy dalej na Jakuck. Drogi miejscami bardzo pylne, także widoczność spadała czasami do kilku metrów. Paweł zalicza paciaka, zahaczając kufrem o przydrożną górkę piasku. Do samego Jakucka dopływamy wieczorem, koło 21ej. Na przystani promowej czekają już na nas Maja i Olga. Załatwiają nam otwarcie specjalnie dla nas, nieczynnego już o tej porze muzeum wiecznej zmarzliny, następnie szybkie zakupy i instalujemy się u Mai na daczy na obrzeżach Jakucka. Kolejnego dnia zwiedzamy jeszcze muzeum mamuta, kupujemy uszczelniacze do lag do Pawła motocykla, jemy najdroższy obiad wyprawy – 10000 rubli za 6 osób i lecimy na prom. Upał jest konkretny – 38 stopni, motory się grzeją w korkach i Roberta trampek w końcu ma dość i staje. Po ostygnięciu okazuje się że szwankuje ładowanie, odpalamy na kable i lecimy na prom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie Leny jeszcze odwiedzamy miejscowy posterunek policji, żeby dostać pieczątki do karty migracyjnej i uciekamy w stronę Tyndy.

Przed północą dojeżdżamy do opuszczonych baraków przed miejscowością Ulu, znanych już ekipie z drogi do Magadanu. W jednym z nich rozkładamy się na matach i śpiworach. Dobranoc?, o nie, tej nocy zrozumiałem system Sebola, dostałem się pomiędzy Pawła i Roberta, to było najgłośniejsze chrapanko jakie w życiu słyszałem!

Piątek, 30 czerwca

Pół dnia Paweł reanimuje lagi w Trampku i wymienia olej, po czym ruszamy znów na południe. Droga już nam wszystkim dobrze znana, jedyną „atrakcją” dnia jest kolejna guma w trampku Roberta połączona z wymianą łożysk, wszystko to przy akompaniamencie rzęsistego, zimnego deszczu.

Na nocleg lokujemy się kilka kilometrów za Tyndą w lesie nad brzegiem jakiegoś stawu.

Kolejne dni to dość monotonna jazda, od Skoworodino w większości po asfaltach niemal do granicy Mongolskiej w Sołowiewsku.

Wraz z dołączeniem do tej ekipy, dołączyłem też do wieczornego rytuału żywieniowego, który nie był zbyt skomplikowany – co wieczór konserwa rybna, zwykle o wymownej nazwie – „Kiłka” i chleb. Średnio przepadam na rybnymi konserwami, ale się zawziąłem. Przed granicą mongolską już jednak nie dałem rady i odpuściłem. W Mongolii w wybranych sklepach były nawet dostępne polskie konserwy co mnie wybawiło.

PAWEŁ

Po kolejnej nocy w Magadanie ruszamy na podbój Mongolii zahaczając po drodze o Jakuck.

Ooo… nie obwód magadański nie chce nas wypuścić. Nowe terenowe opony, których nazwy bez przekleństwa nie będę w stanie wypowiedzieć tną się na potęgę. Wymieniamy dętkę za dętką i łatamy rozcięte opony. Rekordzista Robert miał ich w sumie 8. Za Ust Nerą z pola widzenia zniknął Robin. Okazało się, że na środku drogi musieliśmy rozebrać pół Afryki i skleić chłodnicę, która od drgań przetarła się o kawałek gumki, który miał służyć do jej zabezpieczenia. Kilka dni później podobny los spotyka chłodnicę w trampku Roberta. Dzięki Ceramizerowi jego silnik nie uległ przegrzaniu.

Ja w szale jazdy zaliczam pierwszą poważniejszą glebę, przez którą tracę lusterko, część zegarów i kawałek boczku. Szara zbrojona taśma przylepna sprawia, że moto jest zdatne do jazdy. Jej kolor nie odbiega od lakieru trampka jest ok.

Ostatecznie wyjeżdżamy z obwodu magadańskiego, a żegna nas rodzinka niedźwiedzi, znaczy mama z dwoma młodymi przechodząca w poprzek drogi.
Po kolejnych kilometrach wjeżdżamy na prom do Jakucka. W samym mieście czeka na nas Ola z Koleżanką Mają. Oprowadzają nas po muzeum lodu, wykutym w zboczu góry – jest tam wieczna zmarzlina ze stałą temperaturą – 10 stopni C przy +30 na zewnątrz. Na nocleg lądujemy w daczy Olgi. Kąpiel, kolacja, trochę pogawędek przy piwku i spanie. Kolejny dzień to zwiedzanie miasta i szukanie serwisu motocyklowego, w którym chciałem zakupić uszczelniacz cieknącej lagi i olej. Ostatecznie i połowicznie pomoc nadeszła z serwisu kawasaki.

Kolejny nocleg we wspomnianej przez Roberta opuszczonej bazie drogowej. Następnego dnia serwis z wymianą oleju i naprawą cieknącej lagi.

Przez kolejne dni przy zmieniającym się krajobrazie z tundry na tajgę, a potem z tajgi na step w dniu 5 lipca przekroczyliśmy granicę Rosyjsko Mongolską. Zycie na tej granicy płynie bardzo wolno. Okazało się, że cała trójka ma problem z dokumentami dotyczącymi wwozu motocykli. Sebastian chomikował 2 małe puszeczki kawioru kupionego legalnie w sklepie. Pani urzędniczka błąd w systemie wyjaśniała z Moskwą oraz przejściem granicznym Łotwa Rosja. Ostatecznie wszystko się wyjaśniło i wylądowaliśmy w pasie ziemi niczyjej przed zamkniętą granicą mongolską. Upał 40 stopni w cieniu a my na stepie przy bramie. Na szczęście dostrzegliśmy jakiś ruch i pan pogranicznik zaprosił nas na celnicę. Tu znowu piętrzenie formalności, przeszukiwania bagaży i wymyślanie opłat.

Po 2 godzinach jesteśmy w Mongolii z dolarami, euro i rublami natomiast bez ichniejszych tugrików. Z minimalną rezerwą wody i paliwa jedziemy 200 km w głąb Mongolii szukać baku. Pędzimy w 40 stopniowym upale. W naszych Ciuchach Motony zostało wypięte wszystko co możliwe i pootwierane wszystkie suwaki. Pierwszy nocleg na stepie i obawa przed skorpionami, wężami i selfugami. Na szczęście następnego dnia udaje nam się zleźć bank i wymienić $. Potem zakupy (szprotki, chleb, woda i piwko), tankowanie i kierunek Ułan Bator- stolica Mongolii do którego docieramy 9 lipca. Po drodze żadnych przykrych niespodzianek. Stepy, szutry, mnóstwo jurt i przy nich koni, krów, kóz oraz owiec. Odwiedzamy i zwiedzamy muzeum umieszczone pod 40 metrowym posągiem Czyngis Chana. Kąpiemy się w studniach wykopanych na stepie oraz rzekach. Na każdym kroku zaczepiają nas Mongołowie – jesteśmy dla nich bardzo egzotyczni.

W Ułan Bator lokujemy się w pensjonacie Oasis gdzie przebywają głównie Europejczycy. Trafiamy w bardzo specyficznym momencie bo trwają przygotowania do wielkiego narodowego święta Naadam. W mieście jest mnóstwo ubranych w tradycyjne stroje osób, karawany wielbłądów. Okres zabawy i szaleństwa. Podczas gdy Robin i Sebastian próbowali w serwisie ożywić swoje interkomy ja z Robertem raczyłem się mongolskim narodowym napojem z mleka tj. kumysem i nie powiem po pewnej ilości uderzał do głowy.

11 lipca Naadam w Ułan Bator a my jedziemy na południe w stronę pustyni Gobi. Zmienia się klimat i otoczenie. Krowy i konie zaczynają zastępować wielbłądy. Co kilka kilometrów widać tradycyjne jurty ale już z telewizją satelitarną, ogniwami fotowoltaicznym i samochodami. Wszędzie chińskie motocykle – jednocylindrowe, chłodzone powietrzem 125 lub 150ccm oraz Toyoty Prius. Toyota chyba wysłała do Mongolii całą produkcję Priusa (7 na 10 aut).

Nasz pierwszy cel to Flaming Cliffs – miejsce w którym wydobywane są szczątki dinozaurów. Pędzimy jak szaleni przez step, który rozciąga się po horyzont. Prędkości nawet 80 km/h. Nagle na środku tej szerokiej dokąd okiem sięgnąć autostrady stoi duży głaz. Hamujemy i okazuje się, że zaraz za nim znajduje się wyżłobiony przez wodę kanion o głębokości ok 2 i szerokości 3-4 metrów. Od razu włosy stają dęba co byłoby gdyby. Na szczęście bezpiecznie przedostajemy się na drugą stronę i jedziemy dalej. Tego typu przeszkody spotykaliśmy bardzo często i stanowiły duże zagrożenie. Do wspomnianych klifów dojeżdżamy późnym wieczorem i jedyne co pozostało to przy świetle latarek rozbić namioty. Rano zwiedzanie klifów, oraz wraku busika, który nie wyrobił się na ich szczycie i po rolce wylądował w połowie zapadliska. Same klify to wypłukana przez deszcze oraz wywiana przez wiatr glina. Niestety żaden z nas nie znalazł nawet najmniejszej kosteczki dino, poza tym służby mundurowe Mongolii, w tym pogranicznicy przykładają dużą wagę na wywóz takich pamiątek. Można dostać mandat, a nawet areszt. Teraz ruszamy na podbój najwyższych piaszczystych wydm na Gobi Chongoryn Els. Dojeżdżamy tam w ok godz. 17 i od razu rozbijamy obóz. Jeszcze tego samego dnia wraz z Robertem postanawiamy zdobyć kilkusetmetrowe szczyty. Z dołu wygląda to na bułkę z masłem, jednak sytuacja się zmienia wraz z ilością kroków w górę. 10 zrobionych kroków przez obsypujący się piach równa się 5 krokom. Do tego stromizna sięgająca 45-50 stopni. Ostatecznie po 1.5 h zdobywamy szczyt. Potem szybkie zejście do obozu i ,,, nawodnienie. Noc przyniosła straszne wichury porywające wręcz namioty. Rano okazało się, że w naszych namiotach jest pełno piachu, który przedostał się przez bardzo drobną siatkę wentylacyjną.

Śniadanie, szybkie pakowanie i w drogę. Dodam, że Mongolia nie miała wpływu na zmianę diety i nadal najbardziej pożądanym produktem były szproty w puszcze przegryzane chlebem ewentualnie słodkimi bułkami. Kierujemy się w stronę głównej magistrali prowadzącej w stronę granicy mongolsko – rosyjskiej (Tashanta). Po nocnych ulewach Gobi zamienia się w jedno wielkie piaszczysto błotniste bagno. Co kilka metrów gleba i to bez wyjątków. Pomiędzy błotnikiem a oponą powstaje błotny hamulec. Zblokowane przednie koła zachowują się jak płozy w saniach. Zero sterowności. W trampkach błotniki poddają się łamią na uchwytach. Afrykańczycy desperacko zdejmują przednie błotniki, dzięki czemu błoto nie klinuje kół, ale zalepia kaski. I tak źle i tak nie dobrze. Ja już wiem, że moje sprzęgło przestaje istnieć, ale nie pozostaje nam nic innego jak jazda przed siebie. Przedzieramy się przez rwące rzeki i potoki. Wieczorem okazuje się, że pokonany dystans to ok 100 km. Tego dnia kawałki sprzęgła zablokowały pompę oleju w moim trampku szybka decyzja że lejemy kolejną dawkę Ceramizera i staramy się dojechać do cywilizacji. Lądujemy na biwaku, kolacja i spanie.

Kolejny dzień to znowu przeprawa przez bagna. No gdzie ta pustynia?!!! W trampku nie istnieje smarowanie i tym samym trwa ekstremalny test Ceramizera. W sumie przejechane 200 km, które odpowiada ok 1500 km w normalnych warunkach. Test kończy się niespodziewanie, kiedy tracę ostatecznie sprzęgło. Silnik pracuje dalej i pomimo stukotu sworzni na tłokach ma się dobrze. Pięknie wchodzi na obroty i trzyma temperaturę. Brawa dla Ceramizera, który spełnił swoją rolę. W innym przypadku po 100 metrach obróciłoby panewki i korba wyszłaby bokiem. Podejmujemy decyzję o pozostawieniu motocykla na pustyni pod opieką Mongoła i szybkim dojeździe do cywilizacji. Tam mieliśmy zastanowić się co dalej robić i jakiej pomocy szukać. Siadam jako plecaczek na trampku Roberta. Podróż trwa może 20 km i wtedy przy przejeździe przez błotnisty 50 cm szerokości strumyczek zaliczamy spektakularną glebę. Moja lewa noga ląduje pod aluminiowym kufrem tak nie fortunnie, że nadrywam więzadła w kolanie. Ból nie do zniesienia, a my 150 km od najbliższego szpitala. Po dłuższej chwili postanawiamy wolno dojechać do najbliższej wioski. Ja z zablokowaną i wyprostowaną nogą na tylnym siedzeniu małego Transalpa.
W pobliskim sklepie dowiadujemy się że w miejscowości jest punkt medyczny czynny od 8 do 17. Nocleg w namiocie i rano z wielkim bólem melduję się w szpitalu. Żadnej pomocy bo nie ma kto tego zrobić. Przyjmuje nas jednoosobowy personel pod postacią pielęgniarki, która od razu chce mi zaaplikować strzykawkę środka przeciwbólowego. Odmawiam i proszę o kontakt do lekarza. Niestety przychodzi mi ostatecznie jechać 100 km do szpitala w Arwajcheer małym busikiem wypełnionym podpitymi Mongołami. W szpitalu potwierdzają się nasze przypuszczenia – brak możliwości dalszego podróżowania na motocyklu. Tu kończy się moja podróż motocyklowa, noga ląduje w gipsowym usztywnieniu, a ja w Ułan Bator na lotnisku z biletem d o Warszawy z przesiadką w Moskwie. W domu zawitałem tydzień przed zaplanowanym terminem.

Zobaczyłem koniec świata, pokonałem 9 stref czasowych, doświadczyłem tęsknoty za bliskimi, głodu i pragnienia, mrozu i piekielnych upałów, poznałem inne kultury i zwyczaje, podszlifowałem j .rosyjski (mongolski nie jest do ogarnięcia). Poznałem co to jest działanie zespołowe.

Do domu zostało 7000 km z 27000 km, które zaplanowałem przejechać. Na moich towarzyszy przyszło mi czekać aż 8 dni. Dziękuję im za to, że byli ze mną na dobre i na złe, że cała podróż odbyła się bez najmniejszego konfliktu i ostatecznie szczęśliwie się zakończyła.

Dziękuję moim bliskim, rodzicom, bratu, znajomym, a przede wszystkim dzieciom i ukochanej żonie, która przejęła wszelkie obowiązki i pozwoliła jechać.

ROBIN

Po ostatniej nocy spędzonej w pełnym składzie, smutno było zostawiać kolegę w środku Mongolii, niby wszystko było załatwione, cały transport i logistyka, ale jednak po tak długim czasie spędzonym razem w ekstremalnych momentami sytuacjach czuliśmy się trochę nie swojo.

No nic, ostatni żółwik z Pawłem i lecimy dalej na zachód. Tego dnia po południu w Afryce Sebola na liczniku pokazuje się przebieg 99999km i po chwili kolega już ma nowy motocykl z zerowym przebiegiem. Z braku szampana, Sebol spryskuje obficie piwem swoją królową, a wieczorem świętujemy racząc się Chingis Chanem, czyli miejscowym napojem 40%.

Kolejne dni to już właściwie przeloty częściowo po stepach, częściowo po odcinkach asfaltowych. Spędzamy jeszcze kolejne 2 noce w Mongolii i docieramy do Taszanty – granicy z Rosją. Przekraczając tą granice po kilku kilometrach poczułem się jakbym się przeniósł w czasie przynajmniej ze 100 lat. Nagle miejscowi zaczęli mówić w ludzkim języku, nie muszą wszystkiego dotykać, lizać i próbować co znajduje się przy naszych motocyklach. Rosyjski Ałtaj jest przepiękny zarówno jeśli chodzi o widoki jak i kręte drogi z dobrej jakości asfaltem. Zaczęliśmy odpoczywać w siodłach… Kolejne dni to już przeloty z dużymi przebiegami pomiędzy 800 a 1200km/dzień.

Do domu w Irlandii Północnej dotarłem rano 28-go lipca. Wyprawa zajęła mi równe 2 miesiące, w czasie których pokonałem 31 912km, poznałem życzliwych, pomocnych i wspaniałych ludzi. Miałem ogromne szczęście trafić na tą ekipę niesamowitych kompanów, na których zawsze można było liczyć.

Czterech dorosłych facetów, z których każdy ma swoje, często odmienne zdanie, zdanych na siebie 24godziny na dobę w tak długim czasie, w sytuacjach często ekstremalnych i nikt się z nikim nie pobił. Dziwne trochę się to wydaje, ale jednak prawdziwe. Dziękuje im za wszystko, że byli częścią mojej wyprawy życia.

Najbardziej dziękuje mojej ukochanej córeczce Nadii i wspaniałej żonce Oli, że pozwoliła, wspierała i tęskniła, bez niej to wszystko nie byłoby możliwe.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Opinia o Ceramizerze do silników czterosuwowych z mokrym sprzęgłem

Ceramizer (dwie dawki) zalałem wraz z pierwszą wymianą oleju przed wyjazdem. Zgodnie z zaleceniami pierwsze 200 km  stronę granicy z Litwą to spokojna jazda w przedziale 3000 – 4000obr/min bez gwałtownego odkręcania manetki. Pierwsze odczuwalne efekty zaobserwowałem po ok. 600 – 700 km. Motocykl zaczął miękko pracować i znacząco zmniejszył się jego apetyt na paliwo. Z wcześniejszych 6,2 l na 100 km spalenie spadło do 5,5 do 5,8 l. Zauważyć należy, że motocykl został wyposażony w duże boczne kufry oraz solidnie załadowany. Znaczącej poprawie uległa zmiana biegów. Stała się bardziej łagodna bez szarpnięć. Zauważyłem również łagodniejszą zmianę biegów bez użycia sprzęgła.

W przedziale do 5500 obr/min motocykl przestał pobierać olej, którego wcześniej dolewałem ok 0,5 l na 1000 km. Na trudnych odcinkach drogi przy małych prędkościach, wysokich obrotach i wysokiej temperaturze otoczenia temperatura silnika była optymalna.

Zauważyliśmy, że dzięki zastosowaniu Ceramizera uszkodzeniu nie uległ silnik w innym motocyklu przy całkowicie zaklejonej chłodnicy. W podobnych sytuacjach w innych motocyklach dochodziło do uszkodzenia uszczelki pod głowicą.

Po przejechaniu ok 13 tyś km dokonaliśmy wymiany oleju. Po tym zabiegu motocykl otrzymał jeszcze jedną dawkę Ceramizera.

Prawdziwy test Ceramizer zdał na pustyni Gobi w Mongolii. Nastąpił on po ok 20 tyś km po pierwszej ceramizacji i 7 tyś po kolejnej wymianie oleju i dodaniu jeszcze jednej dawki Ceramizera.  Uszkodzeniu uległy tarcze sprzęgła, które zablokowały smarowanie. Zabieg czyszczenia filtra oleju nie przyniósł żadnego efektu. Po uruchomieniu silnika czujnik oleju nie gasł i pokazywał  brak ciśnienia oleju. Motocykl bez smarowania przejechał 200 km w ekstremalnie trudnych warunkach w temperaturze otoczenia ok 30 stopni C, przy niskich prędkościach. Dało się słyszeć stukające sworznie i panewki ale motocykl normalnie się poruszał i nie przegrzewał. Silnik pracował równo nawet po całkowitym rozsypaniu się sprzęgła.

Po powrocie do domu zakupiłem kolejne dawki Ceramizera i zabezpieczyłem silniki w pozostałych motocyklach.

Produkt w moim przypadku przetestowany na dystansie ponad 20 tyś km w ekstremalnych warunkach drogowych i pogodowych.

Link do sklepu producenta:

http://www.ceramizer.pl/sklep/ceramizery-preparaty-do-oleju-dodatki-do-oleju/252-ceramizer-do-silnika-motocyklowego-czterosuwowego-preparat.html

Ceramizer CP dodatek do paliwa.

W trakcie swojej wyprawy (20.000 km) zużyłem 7 dawek tego produktu. W połączeniu z Ceramizerem do silników z mokrym sprzęgłem pozwolił zmniejszyć spalanie o ok 0,5-0,8 l na 100 km. Po regularnym stosowaniu tego preparatu dało się zauważyć łagodniejszy rozruch silnika. W trakcie wyprawy byłem zmuszony kilkukrotnie rozbierać gaźnik i zauważyłem, że jego elementy nie posiadały zanieczyszczeń, oraz osadów.

Produkt dostępny tu:

http://www.ceramizer.pl/sklep/ceramizery-preparaty-do-oleju-dodatki-do-oleju/251-ceramizer-uszlachetniacz-paliwa-dodatek-do-ukladu-paliwowego.html

bądź jako zestaw, z dodatkiem do oleju:

http://www.ceramizer.pl/sklep/ceramizery-preparaty-do-oleju-dodatki-do-oleju/263-ceramizer-zestaw-6.html

2 Responses to “Motocyklem do Magadanu – historia podróży oczami uczestników”

  1. Omleś pisze:

    Swietna wyprawa
    Chetnie sie spotkam bo w przyszlym roku jade wzdluz BAMu do Magadanu.wasze doswiadczenie jest dla mnie bezcenne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *